Czerwcowe nowości i wakacyjna przerwa

W tym miesiącu nowości troche wcześniej się pojawiają, bo jutro wyruszam na wakacje połączone z pobytem w Polsce. Moja aktywność blogowa zostaje więc zawieszona na niecałe 4 tygodnie. Ale obiecuje wrócić i pisać dużo o dobrej, głównie naturalnej pielęgnacji oraz odrobinę o kolorówce. Nie przygotowałam żadnych notek na zapas, bo czas mi na to niestety nie pozwolił. Dziś możecie podejrzeć co za jakiś czas pojawi się na blogu. Niektórych produktów już używam, a inne to jak zwykle zapasy.


Po udanym spotkaniu z tonikiem do twarzy Sukin klik postanowiłam poznać ich kolejne produkty. W pudle z zapasami wylądował szampon i płyn micelarny, a w użyciu już jest krem  do twarzy na noc przywracający nawilżenie. Na razie jestem zadowolona, ale zobaczymy jak to będzie dalej. Kosmetyki Sukin mają bardzo dobre składy i myślę, że będę z nich zadowolona. Swoją trójce upolowałam w TKMaxx'ie.


Krem pod oczy Filorga Time-Filler już od dawna chodził mi po głowie. Pojawiła się świetna okazja w sklepie M&S i za 25 złotych mam miniaturkę płynu micelarnego i krem pod oczy o pojemności 15ml. Takie promocje to ja rozumiem ;)


Kolejne łupy z TKMaxx'a to krem do rąk nieznanej mi dotąd firmy MOR oraz mydło Soap-n-Scent Charcoal, które będę używała do mycia skóry ciała. Powoli odchodzę od żeli pod prysznic. W zapasie mam jeszcze trzy butle, ale na pewno nie kupię kolejnych. Zauważyłam, że większości żeli oprócz podrażniania mojej wrażliwej skóry dodatkowo strasznie ją wysusza. Nawet moje stopy nie lubią mycia żelem, wolą delikatne i nawilżające mydełka.


Lancome Soleil Bronzer SPF50 to kolejny filtr do twarzy, który tym razem okazał się strzałem w dziesiątkę! Używam go już 2 tygodnie i nie widzę wad, ale recenzje napisze po powrocie z wakacji. Sprawdzę go w upalnym Saint Tropez. Próbki perfum to gratis do jednego z internetowych zamówień. Jimmy Choo L'Eau to zupełnie nie moja bajka. Delikatne, ledwo wyczuwalne. Narciso Rodriguez Fleur Musc jeszcze nie wąchałam. Jeśli mi się spodobają, to na pewno dam Wam znać.


Zaopatrzyłam się w końcu w podkład mineralny bareMinerals Original w odcieniu Golden Fair W10. Na razie wiem tyle, że na upały przy cerze mieszanej to on się nie nadaje, ale ogólnie bardzo ładnie wygląda na twarzy, więc zostawiam go sobie na jesień. Lakierów do paznokci prawie nie kupuje, ale ostatnio znowu się skusiłam na uniwersalny odcień, tyle że tym razem od L'Oreal Paris nr 664 (greige amoureux).


Zachciało mi się pudru i zamiast jednego kupiłam dwa. Nie ukrywam, że do tego podwójnego zakupu skusiły mnie prezenty od firmy Clinique. Zależało mi na pudrze w kompakcie, a sypanica dobrałam, żeby załapać się na gratisy ;d


Sypaniec to Blended Face Powder and Brush w odcieniu 08 transparency neutral. Teraz w wakacje jest ok, ale na jesień może być dla mnie za ciemny. No ale może nie będzie aż tak źle i będę mogła go używać nawet jak cera mi zjaśnieje. Opakowanie jest ogromne - 35g. Kompakt to Stay - Matte Sheer Pressed Powder Oil-Free w odcieniu 101 invisible matte. Tu lepiej trafiłam z kolorem. Bardzo podoba mi się też jego opakowanie. O działaniu wypowiem się w osobnej notce.


Pora na gratisy ;d Clinique bardzo często jak nie cały czas dokłada miniaturki do zakupów powyżej jakiejś kwoty lub przy zakupie minimum dwóch ich produktów. Ja nie specjalnie przepadam za ich pielęgnacja, ale spróbować zawsze można.


W różowej kosmetyczce znalazłam podwójne cienie All About Shadow nr 14 strawberry fudge. Na pierwszy rzut oka spodobał mi się bardzo ten mniejszy cień z numerem 2. Mam jednak nadzieje , że będę używać obydwu kolorów.


Następnie tusz High Impact, którego już zdążyłam poznać. Pierwsze użycia tego tuszu zawsze dają tragiczny efekt, ale później jest już tylko lepiej.  Pomadka Long Last Lipstick Water-Melon w zupełnie nie moim kolorze. Na pewno poleci w inne łapki.


Wspomniana pielęgnacja:
- Pep-Start 2w1 Exfoliating Cleanser Oczyszczający żel do twarzy, którego chyba nawet nie będę testować. Moja cera lubi się tylko z naturalnymi mydłami.
- Dramatically Different Moisturizing Lotion + Emulsja do twarzy
- Pep-Start Eye Cream Krem pod oczy, który bardzo chętnie sprawdzę i opiszę na blogu
- Moisture Surge Beztłuszczowy krem intensywnie nawilżający


To by było na tyle jeśli chodzi o czerwcowe nowości. W lipcu na pewno przybędzie mi trochę kosmetyków z Polski, ale nie zamierzam szaleć. Może uda mi się tez coś fajnego kupić na wakacjach. Za to w sierpniu planuje odwyk kosmetyczny!

Dajcie znać które kosmetyki Was najbardziej interesują?

Atina.
Czytaj dalej

Saryane Mydło z Aleppo 20% oleju laurowego

Mydło z Aleppo z 20% dodatkiem oleju laurowego idealnie nadaje się  do codziennej pielęgnacji twarzy, ciała oraz włosów całej rodziny. Olej laurowy wykazuje silne działanie przeciwtrądzikowe, przeciwłupieżowe i przeciwłojotokowe.

Pojemność: 200g
Cena: 24,50zł
Sklep: internetowe drogerie


W zeszłym roku miałam mydło z Aleppo o zawartości 12% oleju laurowego, ale z innej firmy klik. Byłam z niego zadowolona, ale przeszkadzało mi trochę, że ma w swoim składzie glicerynę. Chciałam też sprawdzić jak zadziała na moją skórę mydło o wyższym stężeniu oleju laurowego. No i powiem szczerze, że nie zauważyłam dużej różnicy w działaniu tych dwóch mydeł. Ale jeśli miałabym ponowić zakup, to wolę wersje z dzisiejszej notki ze względu na brak tej gliceryny.

Mydła używam głównie do mycia twarzy wieczorem po demakijażu. Czasem zdarzy mi się też nim umyć ciało, ale to naprawdę bardzo rzadko. Ze względu na duży rozmiar przekroiłam je na pół i od pół roku używam ciągle pierwszej połówki. Także jest na pewno wydajne i taka kostka spokojnie wystarczy na rok jeśli będziecie jej używać tylko do mycia twarzy. Przy takiej wydajności 25 złotych to niewielki wydatek.

Skład:
sodium olivate, laurus nobilis fruit oil, aqua, sodium hydroxide, sodium chloride


Mydło z Aleppo bardzo dobrze oczyszcza, odświeża i co najważniejsze nie wysusza skóry twarzy. Nie powoduje ściągnięcia, ani nie podrażnia. Ma naturalny i prosty skład. Nie zauważyłam aby jakoś specjalnie działało na moją mieszaną cerę skłonną do dużego błysku. Nie działa cudów, ale nie zamieniłabym go na żaden żel do mycia twarzy! Miałam już różne żele. Te tańsze, droższe, naturalne, polecane i żaden nie sprawdził się u mnie chociaż w połowie tak dobrze jak to czy inne naturalne mydło. Wszystkie żele przede wszystkim okropnie wysuszały mi cerę. Niektóre podrażniały, a jeszcze inne zapychały. Dlatego teraz stosuje tylko mydła w kostce.

Znacie mydło z Aleppo? Używacie mydła do mycia twarzy?

Atina.
Czytaj dalej

Korres Krem przeciwsłoneczny do twarzy z jogurtem SPF50

Krem do opalania twarzy z organicznym jogurtem naturalnym SPF50. Idealny dla skóry wrażliwej / lekka konsystencja.
Jogurt jest naturalnym źródłem laktozy, protein, minerałów oraz witamin. Zwiększa zawartość wody w wierzchnich warstwach naskórka oraz odświeża skórę. Bogaty we flawonoidy wyciąg z wierzbówki kiprzycy (epilobium angustifolium). Posiada wyjątkowe właściwości przeciwzapalne oraz kojące.

Pojemność: 50ml
Sklep: Allegro, eBay, Sephora
Cena: od 49,90zł
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia


W zeszłym roku zachwycałam się wersją SPF30 klik. W tym roku skusiłam się więc na wersje z wyższym faktorem. Tym bardziej, że tamtej trzydziestki nigdzie już nie można kupić. Czułam, że to nie będzie to samo, ale musiałam spróbować i zaspokoić swoją ciekawość. Zacznę od zalet. Krem jest lekką emulsją, która ładnie się rozsmarowuje, nie bieli, dobrze współgra z mineralnym podkładem EM. Ładnie pachnie, dobrze nawilża, nie zapycha i nie uczula. Niby wszystko ładnie i pięknie, ale krem zostawia lekką poświatę, która się niemiłosiernie błyszczy. W życiu tyle razy nie pudrowałam twarzy, co z tym kremem. Poza tym mam wrażenie, że krem słabo chroni przed słońcem. Moja twarz jest lekko opalona, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało z kremami SPF50.


Używałam go około jednego miesiąca. W końcu się poddałam i zakupiłam inny krem z filtrem SPF50. Ten używam teraz do dekoltu i na ramiona. Tu nie potrzebuje aż tak wysokiej ochrony, a w dodatku Korres nie niszczy ubrań.


Krem ten poleciłam koleżance zanim jeszcze wyrobiłam sobie o nim pełną opinie i ona jest jak najbardziej z niego zadowolona. Nie narzeka na świecenie, ani na słabą ochronę. Także co skóra to inne wymagania. Same musicie zdecydować czy warto go wypróbować?
Składu nie podam, bo nie znam. Moją tubkę zakupiłam bez kartonika, ale znalazłam skład na innym blogu klik (Ekocentryczka.pl). Przy okazji poznałam nowe miejsce w sieci ;)

Znacie kremy przeciwsłoneczne marki Korres? Jaki aktualnie krem z filtrem jest Waszym numerem jeden?

Atina.
Czytaj dalej

Elizabeth Arden Green Tea Cherry Blossom EDT

Green Tea Cherry Blossom to zapach z 2012 roku. Twórcy zainspirowani kwiatem wiśni, stworzyli romantyczną kompozycję pełną głębi. Kryje ona w sobie orzeźwiającą mieszankę, która zmienia się w delikatny dotyk kwiatu wiśni z zieloną herbatą.

Nuta głowy: bergamotka, cytryna, mandarynka, słodkie migdały, zielona herbata
Nuta serca: herbata, wiśnia, śliwka, morela, peonia
Nuta podstawowa: brzoza, mech dębowy, piżmo, heliotropium, biała lilia


Zapach ten kupiłam z myślą o letnich, upalnych dniach. Teraz gdy zrobiło się cieplej używam go prawie codziennie. Idealnie sprawdza się w ciepłe dni, gdyż orzeźwia i odświeża. W kompozycji mocno wyczuwam zieloną herbatę z dodatkiem jakiegoś owocu, być może właśnie wiśni, gdyż nie jest to słodki zapach, tylko lekko kwaśny. Jest przyjemny, ale niezbyt trwały. Ot takie codzienne psikadło za niewielką cenę. Flakon o pojemności 100ml można już kupić za niecałe 40zł. O właśnie falkon! Jak dla mnie jest duży, toporny i tylko nadrukowane kwiaty wiśni mi się podobają. Jeśli lubicie klasyczną Green Tea, to wersja Cherry Blossom też powinna Wam przypaść do gustu. Jak już pisałam używam tej wody i jest ok, ale na pewno więcej do niej nie wrócę, ani nie skuszę się na żadną inną wersje tego zapachu. Po prostu nie jestem wielką fanką takich rześkich aromatów.

Znacie zapach Green Tea Elizabeth Garden? Któraś wersja Was szczególnie oczarowała?

Atina.
Czytaj dalej

Mój Hit! Antipodes Kiwi Seed Oil Krem pod oczy z olejem z pestek kiwi

Krem pod oczy od Antipodes jest bogaty w wartościową witaminę C pochodzącą z nasion owocu kiwi.  Pomaga on naprawiać zniszczone tkanki wokół wrażliwych partii oczu. Krem zawiera: olej z soku marchwi, aloes i w 100% czysty olej awokado oraz jest bezzapachowy. Twoje oczy go pokochają.

Pojemność: 30ml
Cena: 150zł
Sklep: internet, podobno czasem można go kupić w TKMaxx'ie
Ważność: 6 miesięcy od otwarcia


To już mój drugi hit pielęgnacyjny w tym miesiącu. Niestety tym razem trochę droższy, ale zapewniam Was, że warto wydać na niego te 150zł. Słoiczek ma dużą pojemność (30ml), która przy codziennym stosowaniu (rano i wieczorem) wystarcza na pół roku, czyli miesięczna pielęgnacja okolic oczu z Antipodes to koszt 25 złotych. Ta kwota nie jest już taka straszna. Ja na pewno sięgnę po kolejne opakowanie. Tyle, że w zapasach mam jeszcze dwa inne kremy pod oczy, ale jeśli będą choć trochę słabsze, to nie będę się z nimi męczyła, tylko od razu klikam sprawdzony Antipodes.

Krem ten ma raczej lekką konsystencje, która na szczęcie dobrze nawilża i lekko wygładza małe zmarszczki, tzw. siateczkę zmarszczek. Już chwilę po użyciu widać, że skóra zyskuje na wyglądzie. Chociaż pierwsze użycie mnie nie zachwyciło, to każde kolejne już tak. Na noc wklepuję grubszą warstwę, żeby skóra mogła więcej wypić dobroczynnych substancji, których nie brakuje w tym kremie. W składzie znajdziemy między innymi olej z awokado, witaminę E, olej z nasion marchewki, olej z nasion kiwi i ekstrakt z nasion winogron. Krem absolutnie nie podrażnia, nie uczula, nie powoduje łzawienia. Jest mega przyjazny dla skóry i przede wszystkim działa.

Skład:
Aqua (water), Persea Gratissima (avocado) Oil, Glycerin, Cetearyl Alcohol (coconut derived), Cetearyl Wheat Straw Glycosides, Stearic Acid (vegetable), Glyceryl Stearate, Tocopherol (Vitamin E), Daucus Carota Sativa (carrot seed) Oil, Actinidia Chinensis (kiwifruit seed) Oil, Borago Officinalis (borage) Oil, Gluconolactone, Sodium Benzoate, Calcium Gluconate, Vitis Vinifera (Vinanza Grape seed) extract.


Krem ma przyjemny zapach, który jest prawie niewyczuwalny podczas i po aplikacji. Trzeba powąchać go ze słoiczka, aby przekonać się jak pachnie. A właśnie słoiczek jest uroczy. Niehigieniczny i średnio wygodny, ale bardzo ładny.

Jak dla mnie jest to najlepszy krem pod oczy jaki do tej pory miałam! Mój wcześniejszy hit od Yves Rocher Riche Creme klik przestał mi już wystarczać. Nie powiem długo mi dobrze służył i uratował moją skórę w wieku 30 lat, gdy większość kremów nie dawała sobie już rady z moją coraz to bardziej wymagającą skóra pod oczami. Zużyłam kilka opakowań tego cudeńka. W między czasie próbowałam też trochę nowości. Dobrze wspominam krem od Fitomed klik i Nacomi klik. Ostatnio jednak gdy sięgnęłam ponownie po Riche Creme YR nie widziałam już tego efektu co kiedyś. Czułam wręcz, że skóra jest za mało nawilżona. Zużyłam solidnie to ostatnie opakowanie i przewertowałam pół internetu w poszukiwaniu czegoś nowego. Padło na Antipodes i jak już wiecie spisało się ono u mnie genialnie. Teraz widziałam, że wyszedł nowy krem pod oczy Antipodes z miodem manuka, ale jest jeszcze droższy, a składowo raczej nie przebija tego z olejem z nasion kiwi, więc nie ma sensu przepłacać.  

Znacie kosmetyki Antipodes? Jaki jest Wasz najulubieńszy krem pod oczy?

Atina.
Czytaj dalej

BellaPierre Mineralny róż Desert Rose

Sypkie róże mineralne BellaPierre zawierają wyłącznie dobroczynne dla skóry, najczystsze minerały występujące w naturze, które po wydobyciu są proszkowane i mikronizowane do uzyskania konsystencji aksamitnego pudru. Za sprawą najwyższej jakości składników oraz zachowaniu właściwych proporcji, róże BellaPierre pielęgnują skórę, zapewniają jej ochronę oraz przyczyniają się do łagodzenia podrażnień. Ich lekka i naturalna formuła, pozwala skórze oddychać i nie przyczynia się do powstawania zaskórników.
Wszystkie z odcieni różów BellaPierre naturalnie podkreślają piękno kości policzkowych, nadając twarzy promiennej świeżości, lekkości i młodzieńczego blasku. Mineralne pigmenty w specjalnie dobranej kompozycji kolorystycznej, doskonale harmonizują z każdym typem urody i odcieniem skóry. Dzięki wysokiej zawartości najczystszej miki, tworzą transparentną mgiełkę koloru, która delikatnie otula twarz, przez co efekt końcowy jest zawsze naturalny i zachwycający.

Pojemność: 9g i 4g
Cena: 125zł, 75zł
Sklep: sklepy internetowe, TKMaxx
Ważność: 36 miesięcy od otwarcia


Posiadam mniejszą wersję o pojemności 4g. Upolowałam ją w atrakcyjnej cenie w TKMaxx'ie w zestawie za około 75zł, w którym oprócz różu był też pędzel kabuki, podkład i baza. W Anglii bardzo często są te zestawy, także warto zaglądać na dział kosmetyczny w TKMaxx'ie.

Desert Rose nie od razu mi się spodobał. Początkowo wydawał mi się za jasny i bez wyrazy. Myślałam, że nie będę go używać. Jednak z każdą kolejną aplikacją coraz bardziej mi pasował. Nie wiem czy początkowo za mało go nakładałam, czy po prostu musiałam się oswoić z nowym kolorem? Teraz używam go codziennie i naprawdę bardzo, ale to bardzo go lubię.


Poza przyjemnym odcieniem róż charakteryzuje się świetną trwałością. U mnie trzyma się cały dzień. Co prawda pod wieczór jest już trochę wyblakły, ale nadal jest na swoim miejscu. Oczywiście jak na mineralny róż przystało ma naturalny skład. Zawiera tylko czyste minerały: mikę, dwutlenek tytanu oraz tlenki żelaza. Nie zatyka porów i nie podrażnia. Można go stosować nawet na najbardziej wrażliwej cerze.

Kosmetyk ten jest bardzo wydajny. Nawet małe opakowanie wystarczy Wam na długi czas. Swojego  różu używam codziennie już od około 9 miesięcy i zużyłam tylko 2/3 opakowania. Jedynie co mi się w nim nie podoba to opakowanie. Nie ma dodatkowego zamykania na sitku i bardzo szybko schodzą z niego napisy, co niestety wygląda nieestetycznie.





Na koniec dodam, że BellaPierre nie testuje swoich produktów na zwierzętach i nadają się one dla wegan i wegetarian. Poza tym odcień Desert Rose (przygaszony róż o satynowym wykończeniu) jest uniwersalny i będzie dobrze wyglądał na każdym odcieniu skóry. Można sobie stopniować efekt od bardzo jasnego jak na swatchach po bardziej widoczny. Ja zdecydowanie preferuje ten drugi i nie żałuje go sobie na policzki.


Znacie kosmetyki mineralne BellaPierre? Co o nich myślicie?

Atina.
Czytaj dalej

Mój Hit! Aloesowy żel ze sklepu Holland&Barrett

Ostatnio mam naprawdę duże szczęście do dobrej pielęgnacji skóry twarzy. Większość kosmetyków mi służy, a niektóre z nich to moje prawdziwe perełki do których na pewno będę wracała. Jednym z takich ulubieńców jest żel aloesowy z angielskiego sklepu Holland&Barret. Dobra wiadomość jest taka, że sklep ten prowadzi wysyłkę do Polski (koszt 6,95£). Przy większych zakupach na pewno bardziej się opłaca. Aktualnie jest promocja na niego i tuba o pojemności 100ml zamiast 4,29£, kosztuje 2,14£. Ja na pewno kupie kolejne opakowanie ;)


Czas napisać o tym jak stosuje ten żel i co daje mojej skórze. Swoją przygodę z nim zaczęłam od nakładania go na włosy i skórę głowy. Początkowo solo, później razem z olejem, który szedł tylko na końcówki, a żel na całość. Musze powiedzieć, że efekt mnie pozytywnie zaskoczył. Włosy były dobrze nawilżone, a nie było mowy o jakimkolwiek obciążeniu. Jest to naprawdę świetny produkt do włosów z tendencją do przetłuszczania, ale oczywiście posiadaczki suchych włosów też mogą się nim wspomagać. Później pomyślałam, żeby nałożyć go na skórę twarzy. Poszłam na całość i od razu wysmarowałam nim całą twarz, skórę pod oczami i szyje. Na niego nałożyłam krem na noc i krem pod oczy. Cera była lepiej nawilżona, rozjaśniona, a pory mniej widoczne. Skóra pod oczami też dużo zyskała, była bardziej wygładzona i nawilżona. Teraz stosuje go i rano i wieczorem jako serum pod moją codzienną pielęgnacje. Żel jest lekki, błyskawicznie się wchłania i co najważniejsze nic, a nic nie zapycha, nie podrażnia. Moja skóra go uwielbia!


Jakby było mało to żel ma bardzo dobry skład. Myślę, że w Polsce na pewno też znajdziecie coś o podobnym składzie i działaniu. Widziałam na blogach dużo pozytywnych opinii o azjatyckich żelach aloesowych oraz o mniej mi znanych markach, ale na pewno coś tam mi się kiedyś w oczy rzuciło. A jeśli mieszkacie w Anglii, to sprawę macie ułatwioną ;)


Jak dla mnie jest to kosmetyk niezbędny w mojej pielęgnacyjnej kosmetyczce. A i przypomniałam sobie jeszcze jedno jego zastosowanie. Używam go też jako żelu do brwi do ujarzmienia niesfornych włosków. Działa i dodatkowo nawilża.

Używacie żelu aloesowego? Jeśli tak to w jaki sposób i z jakiej firmy?

Atina.
Czytaj dalej