niedziela, 30 września 2018

Benefit The Blush Bunch Prezentacja plus porównanie pudru Hoola mini z pełnowymiarowym opakowaniem

Lubię firmę Benefit! Nie każdy produkt mi od nich pasuje, ba znam nawet całkiem sporo bubli, ale i tak mnie ciągnie do tej marki. Moim najulubieńszym jak na razie produktem jest puder brązujący Hoola. Pisałam o nim tu. Swojego czasu lubiłam też kredkę High Brow oraz całkiem dobrze wspominam maskarę They're Real! i perfumy Ring My Bella. Nie polubiłam się z różem nr 10 (jest on jeszcze w sprzedaży?), pielęgnacją (miałam kilka miniaturek kremów), podkładem Hello Flawless oraz z Blush Benetint. Kilka produktów jeszcze leży w szufladzie i czeka na swoją kolej. Dziś natomiast pokaże Wam moją najnowszą zdobycz, czyli zestaw mini róży <3. 


The Blush Bunch kupiłam sobie na imieniny, które od kilku lat "hucznie świętuje". Kiedyś nie obchodziłam, ale któregoś dnia uznałam, że to dobry powód do sprawienia sobie drobnych przyjemności. Od tego czasu w imieniny kupuje wielką torbę cukierków czekoladowych oraz dobre wino albo dwa. W tym roku doszedł jeszcze prezent, który sama wybrałam i sama sobie kupiłam. Cukierkami i winem dzielę się ze znajomymi, prezent oczywiście jest tylko dla mnie. Zdradzę Wam, że cukierków zawsze kupuję na tyle dużo, żeby jeszcze je sobie podjadać przez kilka kolejnych dni ;d


A propos cukierków, to mini róże Benefit wyglądają słodko, jak jakieś ciasteczka czy właśnie  cukierki;)








Zacznę od tego, że przed zakupem tego zestawu czytałam na jego temat opinie w intrenecie i natknęłam się kilkukrotnie na informacje o tym, że wersja mini zdecydowanie różni się od tej w pełnowymiarowym opakowaniu. Nie wiedziałam co o tym sobie myśleć. W końcu postanowiłam samej się przekonać jak to jest z tymi różnicami. Rzeczywiście bronzery różnią się od siebie odcieniem. Wersja mini jest jaśniejsza, co nie oznacza, że gorsza. Dla mnie Hoola mogłaby być właśnie jaśniejsza, bo należę do osób o bardzo jasnej karnacji. Zimą muszę bardzo uważać, żeby nie przesadzić podczas nakładania standardowej wersji. Może mini lepiej się u mnie sprawdzi właśnie zimą? Lite wydaje się być znowu za jasna, ale to się jeszcze okaże w trakcie używania. 












Pozostałe cukierki to Dandelion, Galifornia, Rock i Gold Rush. Na pierwszy rzut oka jestem pod wrażeniem Gold Rush. Wydaje mi się piękny i idealny dla moich potrzeb. Najmniej do gustu przypadł mi Dandelion i Galifornia. Ostatecznie jednak nie poznałam ich jeszcze na tyle dobrze, żeby wydawać werdykt. Warto wspomnieć, że Gold Rush wyróżnia się spośród tej czwórki przepięknym zapachem!


Swatche wyszły trochę blado. W sumie tak wyglądały w rzeczywistości i ciężko było mi je lepiej sfotografować. Każdy kolor pociągnęłam palcem dwa razy, bo po jednym nie byłoby czego pokazywać. Przy pełnej recenzji postaram się jeszcze lepiej przedstawić każdy z odcieni. 

Od lewej: Gold Rush, Dandelion, Galifornia, Rock

Mini róże są słodkie, idealne do zabrania w podróż oraz do lepszego rozpoznania kosmetyków Benefit. Ja na przykład planowałam zakup pudru Hoola Lite. Nie wiedziałam jednak czy spełni ona moje oczekiwania. Jak już pisałam wcześniej obawiam się, że może być dla mnie za jasna. Przyglądałam się jej w sklepie, macałam, ale pewności i tak nie miałam;/ Teraz będę mogła ją porządnie przetestować i zdecydować czy kupić pełnowymiarową wersje. Pozostałe róże też mają swoją szansę rozkochać mnie w sobie ;d


Ciekawa jestem co myślicie o tym zestawie mini róży oraz czy znacie któryś z nich?

Atina.

środa, 26 września 2018

Zużyłam, więc się wypowiem (Essano, Adora Skin, Daylesford Apothecary, Toni&Guy)

Nie lubię zbierać pustych opakowań, ale dla kosmetyków o których nie pisałam w ogóle na blogu robię wyjątek. Dlatego co jakiś czas będzie pojawiała się notka z zużyciami. Nie będą to jednak obszerne elaboraty, bo o większości produktach jednak pisze Wam na bieżąco. W dzisiejszym zbiorze mam same fajne produkty, więc szkoda nie byłoby o nich wspomnieć. 


Essano Rosehip Woda micelarna
Upolowana w TKMaxx'ie za 5 funtów. Duża butla o pojemności 400ml według producenta powinna wystarczyć na 200 użyć. Nie wiem, bo nie liczyłam, ale jej wydajność mieściła się w normie, tzn. nie skończyła się za szybko, ale też i nie dłużyło mi się jej używanie. Jej właściwości również oceniam na mieszczące się w normie. Woda nie podrażniała i dobrze zmywała makijaż, chociaż z oczami radziła sobie trochę słabiej. Zapach był bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny. Nie wiem czy sięgnę po nią ponownie. Nie była ani zła, ani jakaś szczególnie dobra. 
W składzie znajdziemy środek oczyszczający Sodium Lauroamphoacetate, który może wysuszać skórę wrażliwą. Mamy tu też nawilżacze: glicerynę i kwas mlekowy oraz ekstrakt z aloesu i olej z nasion dzikiej róży. 

Skład:
Aqua, Sodium Lauroamphoacetate, Glycerin, Phenoxyethanol and Ethylhexylglycerin, Latcic Acid, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Aloe Barbadensis Extract, Rosa Canina Seed Oil

Wcześniej na blogu pojawiły się recenzje Essano Rosehip Kolagenowe serum naprawcze klik oraz Essano Rosehip Mgiełka do twarzy Śliwka Kakadu i Zielona Herbata klik.


Daylesford Apothecary Rose Quartz Spray do twarzy i ciała
Firma Daylesford Apothecary gości u mnie pierwszy raz, ale pewnie nie ostatni. Ma bardzo dobre składy. W kosmetyczce mam jeszcze od nich krem i scrub do twarzy. Wydaje mi się, że jest to niewielka produkcja, ponieważ znalazłam tylko jeden stacjonarny sklep w Australii. Możliwe, że miałam wielkie szczęście natknąwszy się na ich produkty w TKMaxx'ie. 
Spray ma przede wszystkim świetne opakowanie. Szklane z idealnym rozpylaczem, który robi prawdziwą mgiełkę. Żałuje tylko, że nie jest z ciemnego szkła, ale i tak ją sobie zostawię. Sam produkt był bardzo przyjemny w użyciu. Nawilżał i odświeżał. Pachniał delikatnie jak na róże. Od jakiegoś czasu nie wyobrażam sobie swojej porannej jak i wieczornej pielęgnacji bez spray'a do twarzy. Używam go zaraz po toniku i nim jeszcze wsiąknie nakładam szybko na niego serum lub olejek. Wtedy skóra jest jeszcze lepiej nawilżona i odżywiona. Jeśli nie macie pod ręką specjalnej mgiełki do twarzy, to możecie użyć dowolnego hydrolatu. 
W składzie znajdziemy wodę z bułgarskiej róży oraz dzwonek i kryształki kwarcu różowego, które nazywane są kamieniami miłości. 

Skład:
Rose Bulgarian Floral Water, Bluebell and Rose Quartz Crystals


Adora Skin Vitamin C Przeciwstarzeniowy olejek do twarzy
Ten olejek również pochodzi z TKMaxx'a. W ogóle to myślałam, że już o nim pisałam na blogu i po jego wykończeniu wyrzuciłam szklane opakowanie do kosza. Dopiero podczas porządków znalazłam tekturowe pudełko od niego, a to oznaczało, że nie zrobiłam mu zdjęć, więc na pewno jeszcze nie pojawiła się jego recenzja. W związku z tym obfociłam tekturkę do dzisiejszej notki. 
Bardzo lubię tego typu mieszanki olejowe, bo mam pewność, że skóra dostaje różnorodne składniki odżywcze. W TKMaxx'ie często można dostać takie olejki w cenie od 7 do 8 funtów. Zazwyczaj mają one ważność 6 miesięcy od otwarcia. Ja stosowałam go tylko na noc, ale moja koleżanka z suchą cerą lubi używać takie produkty również na dzień, szczególnie zimą. 
Marka Adora Skin to również moje nowe odkrycie. Pochodzi z USA, a w swojej ofercie ma trzy różne olejki, trzy sera oraz jeden krem do twarzy. Firma ta nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach oraz może się pochwalić naturalnymi składami bez parabenów. 
Mój olejek ma pojemność 30 ml i średnio wystarczył mi na 3 miesiące. Odkąd wykonuje masaż twarzy, to trochę więcej zużywam olejów, ponieważ potrzebuje lepszego poślizgu. Producent poleca swój produkt na ciemne plamy, ale na moją plamę na czole niewiele pomógł. Tyle, że moje przebarwienie jest naprawdę głębokie, więc wcale mnie to nie dziwi, tym bardziej, że stosowałam ten produkt w lecie, kiedy to plamy lubią ciemnieć, a nie jaśnieć;/
Poza tym olejek bardzo dobrze nawilżał i odżywiał moją skórę. Nakładałam go również pod oczy, gdzie robił chyba największą robotę. 
W składzie znajdziemy następujące dobroci: niestety, ale rafinowany olej kokosowy, olej rzepakowy, witaminę C (syntetyczna, łatwo przenikająca do głębszych warstw skóry), olej z pelargonii, olej arganowy, olej z nasion marakui, olej rycynowy, słonecznikowy, ekstrakt z cytryny, olej z nasion kolendry, skwalen, olej z dzikiej róży, olej z awokado, witaminę E, ekstrakt z liści rozmarynu, beta-karoten. 

Skład:
Refined Coco Nucifera Oil, Brassica Napus Oil, Tetrahexyldecyl Ascorbate, Pelargonium Graveolens Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Passiflora Edulis Seed Oil, Ricinus Communis Seed Oil, Helianthus Annus Oil, Citrus Limon Fruit Extract, Coriandrum Sativum Seed Oil, Squalane, Rosa Canina Oil, Persea Gratissima Oil, Vitamin E, Rosemary Leaf Extract, Beta-Carotene.


Toni&Guy Mgiełka ochronna do włosów
Ostatni kosmetyk z dzisiejszej notki nie pochodzi z TKMaxx'a. Kupiłam go w jakimś super tanim zestawie na wyprzedaży w Willko. Początkowo mgiełka mnie nie zachwyciła. Wydawała się wręcz bardzo słaba. Dopiero jak zmieniłam sposób aplikacji, to mogę chyba napisać że ją pokochałam. Zazwyczaj nie psikam tego typu produktami bezpośrednio na włosy ze względu na podatność moich włosów do szybkiego przetłuszczania się. Aplikuje trochę kosmetyku na dłoń i dopiero rozprowadzam go na włosach. Działanie mgiełki było na tyle słabe i niezauważalne, że w końcu odważyłam się użyć jej w tradycyjny sposób, czyli wypsikałam nią bezpośrednio włosy. No i szok! Włosy były super gładkie, pachnące i co najważniejsze nieprzyklapnięte. Nowa metoda działała, więc psikałam włosy jak szalona. Opakowanie o pojemności 75ml bardzo szybko wykończyłam i teraz trochę tęsknie za nim;/ Coś czuję, że niebawem sięgnę po nie ponownie. 

Skład: 
Aqua, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil, Dimethiconol, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Dimethiconol/Silsesquioxane Copolymer, Disodium EDTA, Glycerin, Hydroxypropyl Cyclodextrin, Iodopropynyl Butylcarbanate, Isopropyl Alcohol, Laureth-23, Laurtrmonium Chloride, Parfum, PEG/PPG-20/15 Dimethicone, Phenoxyethanol, Sodium Hydroxide, Tea-Dodecylbenzenesulfonate, VP/VA Copolymer, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Alcohol, Butylphenyl Methylpropional, Citrial, Citronellol, Coumarin, Geraniol, Hexyl, Cinnamal, Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool.

Z góry uprzedzam, że w składzie mogą być jakieś literówki, bo producent takim maczkiem pisał, że można oczopląsu dostać. Szukałam składu w necie, ale znalazłam zupełnie inny niż ten z mojego opakowania. Niestety nie wiem który jest aktualny;/


Na dzisiaj koniec pustych opakowań, ale muście wiedzieć, że już kolejne czekają na swoje pięć minut na blogu;) 

Który z kosmetyków wydał Wam się najciekawszy?

Atina.

sobota, 22 września 2018

Collection Lasting Perfection Ultimate Wear Powder 16 hour Matujący puder prasowany

Przy zakupie tego pudru kierowałam się głównie jego niską ceną (około 4 funty). Jakiś czas temu postanowiłam sobie, że dobrze byłoby znaleźć pudrową perełkę za niewielkie pieniądze. Moimi jedynymi wymaganiami był skład (nie mógł zawierać paraffinum liquidum) oraz opakowanie, które musiało być wyposażone w lusterko. Prasowanego pudru używam tylko poza domem do poprawek, a przy małej torebce czasem dodatkowe lusterko to już za duży bagaż. 


Podczas wizyty w sklepie okazało się, że nie jest tak wcale łatwo znaleźć ten mój wymarzony puder za grosze. Ostatecznie zdecydowałam się na produkt marki Collection, kiedyś znanej pod nazwą Collection 2000. Nie ma w składzie parafiny i posiada lusterko. Wybrałam odcień nr 02 Medium, ponieważ 01 wypadał ciemniej. Summa summarum nr 02 i tak okazał się dla mnie za ciemny. Dopiero w połowie lata wyglądał dobrze, ale teraz znowu jest już dla mnie za ciemny. Na szczęście dobija już dna, więc może uda mi się go jakoś wykończyć. Na zdjęciach puder wyszedł dużo jaśniej i chłodniej. 

Skład:
Talc, Mica, Magnesium Stearate, Ethylhexyl Palmitate, Hydrogenated Polycyclopentadiene, Methylparaben, Propylparaben, [+/- CI 77491, CI 77499, CI 77007, CI 77891].



Mimo tego, że opakowanie posiada lusterko, to i tak nie jestem z niego zadowolona. Wygląda niezbyt ładnie i trzymając je w dłoni mam wrażenie, że niebawem się rozleci. O dziwo po kilku miesiącach noszenia go w torebce/plecaku ciągle wygląda jak nowe. Silikonową gąbeczkę od razu wymieniłam na taką bardziej oddychającą, możliwe, że bawełnianą. Samo lusterko bardzo dobrze spełnia swoją rolę. 

Działanie pudru oceniam na dobre. Matuje średnio na 3-4 godziny, ale nie zapycha, nie podkreśla suchych skórek i ładnie wygląda na buzi. Świetnie się stapia ze skórą i całkiem dobrze kryje jak na puder w kompakcie. 


Nie sięgnę po niego ponownie głównie ze względu na kolor. Gdyby istniał jaśniejszy odcień, całkiem prawdopodobne, że w kruchych miesiącach kupiłabym go ponownie. Kruche miesiące, to te gdy sobie coś wymyśle, np. wakacje na Malcie i zaczynam ostro oszczędzać. 
Poszukiwania pudru do torebki za grosze wciąż trwają. 

Znacie puder Collection Lasting Perfection? Podpowiecie mi któremu niedrogiemu pudrowi prasowanemu powinnam się bliżej przyjrzeć?

Atina.

wtorek, 18 września 2018

The Ordinary Ascorbyl Glucoside Solution 12% Serum do twarzy z 12% witaminą C

Witamina C jest skutecznym przeciwutleniaczem, rozjaśnia koloryt skóry i zmniejsza oznaki starzenia. Poza tym witamina C jest odpowiednia w pielęgnacji cery naczynkowej i z trądzikiem różowatym, jako składnik przeciwzapalny, poprawiający gojenie, uszczelniający naczynka, poprawiający stan bariery lipidowej skóry. Witamina C jest to składnik polecany do zastosowania w każdym wieku, zarówno dla osób młodych w ramach prewencji przeciwzmarszczkowej, jak i osób o cerze dojrzałej jako kuracja redukująca zmarszczki.

Pojemność: 30ml
Cena: 59zł
Sklep: internet
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia


W piętek pisałam Wam o różnych rodzajach witaminy C klik. Serum The Ordinary zawiera glukozyd askorbylu, który dzięki powolnemu uwalnianiu witaminy C wnika w głębsze warstwy naskórka. Wykazuje umiarkowane właściwości złuszczające, wyrównuje koloryt, rozjaśnia plamy i przebarwienia oraz zwiększa produkcje kolagenu. Ja sama zauważyłam, że już po pierwszym użyciu cera stałą się jaśniejsza, bardziej promienna i wypoczęta. Początkowo stosowałam je tylko rano, ale po dwóch tygodniach zaczęłam również wieczorem. Wtedy cera zyskała jeszcze więcej. Była zdecydowania gładsza w dotyku, a zmarszczki pod oczami i bruzdy nosowo-wargowe mniej widoczne. Buteleczka wystarczyła mi na niecałe dwa miesiące używania. 
Pisałam już nieraz, że mam na czole dosyć spore przebarwienie posłoneczne, które zimą udaje mi się mocno rozjaśnić, ale latem zawsze wraca. Serum The Ordinary nie poradziło sobie z nim, ale myślę, że to kwestia czasu. Dwa miesiące to nie dużo na głębokie przebarwienie. Dodam tylko, że jest odrobinę jaśniejsze, ale ciągle to nie jest to czego bym oczekiwała. 

Skład:
Aqua (Water), Ascorbyl Glucoside, Propanediol, Triethanolamine, Aminomethyl Propanol, Isoceteth-20, Xanthan gum, Dimethyl Isosorbide, Ethoxydiglycol, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol.


Serum ma przyjemną postać żelu, który bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy. Nakładam go zawsze na oczyszczoną, ztonizowaną i potraktowaną mgiełką skórę. Najlepiej kłaść je na jeszcze wilgotną cerę. Odczekuje chwilę i nakładam kolejne warstwy kosmetyków pielęgnacyjnych.
Kosmetyk absolutnie mnie nie podrażnił, a stosowałam go też na skórę pod oczami. Jestem bardzo z niego zadowolona i na pewno jeszcze kiedyś do niego wrócę. Być może wybiorę inną wersje, z większym stężeniem lub z innym rodzajem witaminy C. Dobrze byłoby sprawdzić jak dana witamina działa na moją cerę. 

Znacie to serum od The Ordinary? Stosowałyście kiedyś preparat z glukozydem askorbylu?

Atina.

piątek, 14 września 2018

Antyoksydanty: Witamina C

Nasza skóra jest codziennie atakowana przez tysiące wolnych rodników, które powstają w wyniku zanieczyszczeń, promieniowania UV, kontaktu z metalami ciężkimi, picia alkoholu, palenia papierosów oraz od spożywania niezdrowych tłuszczów trans. Dlatego każdego dnia powinnyśmy się bronić stosując kosmetyki z antyoksydantami. Do wyboru mamy witaminę C, witaminę E, kwas liponowy, kwas ferulowy, koenzym Q10, resweratrol, ekstrakty z zielonej herbaty, granatu i rozmarynu, kurkumę i karotenoidy. 


Osobiście upodobałam sobie witaminę C, ponieważ jest ona dla mnie łatwo dostępna i przynosi wiele innych korzyści. Podobno najlepsze efekty uzyskuje się łącząc ją z witaminą E, która jest jeszcze bardziej popularna i występuje w wielu kosmetykach. 

Rodzaje witaminy C i jej wpływ na skórę:

Cała witamina C 
Czysta, niezmieniona chemicznie witamina C. Pochodzi z naturalnych źródeł takich jak owoce i rośliny. Nadaję się ona do każdego typu skóry, nawet do wrażliwej.
Jest stabilna, dobrze się wchłania, chroni przed promieniami UV, zwiększa produkcje kolagenu i zmniejsza przebarwienia skóry, nie jest dostępna w wysokich stężeniach. 

Kwas Askorbinowy - Ascorbic Acid/L-Ascorbic Acid
Naturalna, rozpuszczalna w wodzie, uważana za najlepszą formę witaminy C. Dobrze się wchłania, jest najlepiej przebadaną formą witaminy C, zwiększa kolagen, zmniejsza przebarwienia i chroni przed szkodliwym promieniowaniem UV. Jest niestety niestabilna, może powodować podrażnienia przy wyższych stężeniach. 

Glukozyd Askorbylu - Ascorbyl Glucoside
Dzięki powolnemu uwalnianiu witamina C wnika w głębsze warstwy naskórka. Wykazuje umiarkowane właściwości złuszczające, wyrównuje koloryt, rozjaśnia plamy i przebarwienia, zwiększa produkcje kolagenu. Działa także przeciwzapalnie. 

Magnesium Ascorbyl Phosphate/Sodium Ascorbyl Phosphate
Syntetyczna, rozpuszczalna w wodzie. Stabilna i bardzo skuteczna. Bezpieczna dla każdego rodzaju skóry, nawet dla wrażliwej. Po wchłonięciu przekształca się w kwas askorbinowy. Zwiększa produkcje kolagenu, zmniejsza przebarwienia. Brak badań dotyczących ochrony przed promieniowaniem UV. 

Ascorbyl Palmitate/ Sodium Ascorbyl Palmitate
Syntetyczna, rozpuszczalna w olejach, idealna dla skóry suchej i wrażliwej. Stabilna, chroni przed promieniowaniem UV, średnio skuteczna w zwiększaniu produkcji kolagenu. Nie przenika tak dobrze jak inne formy witaminy C, brak badań potwierdzających zmniejszanie przebarwień.

Tetrahexyldecyl Ascorbate
Syntetyczna, rozpuszczalna w olejach, podobna do L-Ascorbic Acid. Łatwo przenika do głębszych warstw skóry. Idealna do wszystkich rodzajów skóry, szczególnie wrażliwej. Chroni przed promieniowaniem UV, zwiększa produkcje kolagenu, zmniejsza przebarwienia. Nie posiada większych wad. 

Ascorbic Acid Polypeptide
Syntetyczna, rozpuszczalna w wodzie, która może się przekształcić w kwas askorbinowy po wchłonięciu przez skórę. Przy skórze wrażliwej należy unikać stężeń większych od 1%. Stabilna, może penetrować głębiej niż inne formy rozpuszczalne w wodzie, chroni przed promieniowaniem UV i zwiększa produkcje kolagenu. 

Znając dostępne formy witaminy C, możecie dobrać tę odpowiednią dla Was. 
Ja aktualnie używam serum The Ordinary z 12% stężeniem Glukozydu Askorbylu. Niebawem pojawi się jego recenzja na blogu. Wcześniej stosowałam olejek Adora Skin, który zawierał Tetrahexyldecyl Ascorbate. O nim też zamierzam wspomnieć na blogu. Dziś tylko chciałam napisać, że serum The Ordinary daje szybsze efekty i już po pierwszym użyciu widziałam poprawę stanu skóry. Olejku musiałam poużywać trochę dłużej, ale możliwe, że to było spowodowane niższym stężeniem. 
Osobiście bardzo długo unikałam kosmetyków z witaminą C, ponieważ kiedyś mocno podrażniła mi cerę. Nie wiedziałam wtedy o istnieniu różnych form. Szkoda, że przez tyle lat moja skóra wiele traciła. Prawdopodobnie było to serum z Kwasem Askorbinowym

Stosujecie w swojej codziennej pielęgnacji antyoksydanty? Lubicie się z witaminą C? Która jej forma jest dla Was najlepsza?

Atina.

poniedziałek, 10 września 2018

Jo Malone Earl Grey & Cucumber EDC

Brytyjska tradycja … popołudniowa herbatka. Niezwykła świeżość bergamotki, której herbata Earl Grey zawdzięcza swój niepowtarzalny zapach i orzeźwiająca soczystość ogórka zostały zrównoważone słodkim aromatem wosku pszczelego, wanilii oraz piżmem. Odświeża i poprawia nastrój.

Pojemność: 100ml
Cena: 94 funty
Sklep: John Lewis, eBay


Kuszący, słodki, trochę egzotyczny ten Jo Malone. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą marką. Pierwszy raz poczułam ten zapach u koleżanki i cały dzień później zastanawiałam się co to za perfumy. Gdy po raz drugi wyczułam u niej tą tajemniczą woń, to nie wytrzymałam i zapytałam czym tak ładnie pachnie? Jak już się dowiedziałam to od razu przewertowałam internat w poszukiwaniu dobrej ceny na te niestety drogie perfumy. Na szczęście istnieje eBay, gdzie można odkupić używki po całkiem przystępnych cenach. 
Powiem Wam szczerze, że perfumy te bardziej podobały mi się na koleżance. Nie to żeby na mnie były brzydkie, ale jakoś wtedy gdy poczułam je pierwszy raz i gdy jeszcze nie wiedziałam co to za zapach, to wydawał mi się on dużo, dużo piękniejszy. Gdy już miałam swój flakon mój entuzjazm odrobinę opadł. Nie zmienia to jednak faktu, że są one nadal ładne. Bardzo mocno wyczuwam tu herbatę earl grey przełamaną czymś słodkim, trochę egzotycznym. Zapach jest intensywny, ale tylko z początku. Po paru godzinach słabnie i płowieje, co nie ukrywam bardzo mi przeszkadza. Lubię pachnieć wyraziście. Chciałam napisać, że zapach jest wyjątkowy i niespotykany, ale niestety miałam już kiedyś podobne perfumy Burberry Feminino

Nuty głowy:
bergamotka, jaśmin, czerwone jabłko i nuty wodne
Nuty serca:
ogórek i dzięgiel
Nuty bazy:
cedr virgina, piżmo, wanilia, wosk pszczeli

Jo Malone ma bardzo dużo różnych zapachów i czasem sprawdzam jakiś w sklepie. Jak do tej pory kojarzę same cytrusy, które nie wyróżniają się niczym specjalnym. Moje Earl Grey z Ogórkiem wypadają naprawdę dobrze na tle tych, które do tej pory udało mi się powąchać w perfumerii. 

Znacie perfumy Jo Malone? Który zapach skradł Wasze serca?

Atina.

czwartek, 6 września 2018

Koszyk z zakupami z Polski Sierpień 2018

W Polsce jestem średnio dwa razy w roku i zawsze robię zakupy kosmetyczne. Tym razem skupiłam się głównie na produktach do włosów. Kiedyś to ich właśnie miałam najwięcej w zapasach. Jednak mój jakże skuteczny odwyk spowodował ogromne braki w tym temacie. Zostałam z jednym nowym szamponem i z jednym w użyciu plus z jedną maską i jedną odżywką, które również są już w użyciu. Uważam, że to zdecydowanie za mało! Oczywiście dokupiłam odrobinę za dużo, ale jestem na etapie zapuszczania włosów i teraz idzie mi zdecydowanie więcej odżywek czy masek. W dodatku zauważyłam, że moim włosom nie służy stosowanie ciągle jednej i tej samej maski. Muszę mieć minimum dwie otwarte. Kiedyś miałam tak z szamponami, ale odkąd używam Faith in Nature klik, klik, klik to mogę mieć w łazience tylko jedną sztukę myjadła do włosów. 


Zacznę od produktów włosowych, w których oczywiście pokładam ogromne nadzieje. Nie zliczę ile razy w blogosferze widziałam szampony Petal Fresh. W Rossmannie złapałam jedną z apetyczniejszych wersji Granat i Acai. Na własnych włosach sprawdzę to cudo. 


Kolejny szampon jest z Organic Shop. Wybrałam wersje Shea i Lily. Na ten produkt trafiłam w sklepie Auchan. Cena (niecałe 6 zł) i wcześniejszy kontakt z marką skutecznie skusiły mnie do kolejnego zakupu. Mam od nich peeling do ciała i jestem zadowolona z jego działania. Wiele dobrego słyszałam o ich maskach do włosów, ale w Auchan'ie były tylko szampony. 


Jak ja dawno nie miałam nic od Recepty Babuszki Agafii. Gdy tylko zobaczyłam niebieski balsam do włosów Moroszka musiałam go kupić. W domu dopiero doczytałam, że zawiera konserwanty, które moja skóra niezbyt lubi (Methylchloroisothiazolinone oraz Methylisothiazolinone). Dam mu jednak szansę i wierzę, że pomimo tych niezbyt przyjaznych składników będzie dobrze służył moim włosom.


Następny włosowy produkt to maska od Hello Nature. Pierwszy raz na oczy ujrzałam tę firmę i postanowiłam ją przetestować. Znowu sięgnęłam po kuszące jagody Acai. Już w domu doczytałam, że kosmetyki te produkuje firma Cece of Sweden. Dawno, dawno temu używałam szamponów tej firmy. Były one bodajże w ogromnych butlach o pojemności 500ml lub więcej i pamiętam, że całkiem nieźle się spisywały. Miejmy nadzieję, że Hello Nature będzie tylko lepsze od swoich starszych braci;)


Nature Box równie mocno zaskoczył mnie co i Hello Nature. Mój mały maraton po stacjonarnych drogeriach okazał się bardzo odkrywczy. Z kilku produktów od Nature Box wybrałam dla siebie krem do włosów z olejem awokado. Firmę tę widziałam też w niemieckim Kaufland'zie, ale ceny były praktycznie takie same, więc już nic nie dobierałam. 


Płyny micelarne schodzą u mnie jak woda, więc nie miałam oporów przed kupnem kolejnego opakowania. Tym razem zainteresował mnie płyn Natura Care z drogerii Natura. Niezły skład i niewysoka cena skutecznie przyciągnęły mnie do tej różowej butelki. 


Tonik Natura Es Tonica kupiłam, bo zabrałam ze sobą za małą ilość wody różanej, która mi się po prostu skończyła, a ja miałam jeszcze kilka dni urlopu w Polsce. Niestety mam mieszane uczucia co do tego toniku. Pięknie pachnie i prawdopodobnie powoduje wysyp krost na mej buźce. Odstawiłam  go na razie i czekam aż wszystko mi się wygoi, wtedy wrócę do niego aby sprawdzić czy to na pewno on spowodował ten wysyp. 


Żel do mycia i kąpieli również kupiłam z potrzeby chwili. Resztki mydła, które ze sobą zabrałam okazały się niewystarczające na mój pobyt w Polsce. Szukałam czegoś bez SLS i trafiłam na to niewielkie cudo od Marion. Urocza nazwa Plusk Plusk, zapach pomarańczy z czekoladą i Ammonium Lauryl Sulfate zamiast SLS. W domu okazało się, że owszem żel jest delikatny dla skóry, ale zapach jest mało intensywny, a ALS wcale nie jest takim dobrym zastępstwem dla SLS. Żel zużyję, ale na pewno do niego nie wrócę. 


Antyperspirant w sztyfcie Perfecta trafił do koszyka tylko ze względu na swoją odmienną i jakże uroczą formę kulki. Mam podejrzenia, że będzie kiepski i w dodatku przypomniałam sobie, że dezodoranty w sztyfcie blokowały mi gruczoły i powodowały powstawanie bolesnych krost.  Chyba jednak go nie użyje ;/ 


Naturalne pasty do zębów to mój mały bzik. Gdy tylko wykryłam na półce nieznaną mi tubkę L'Angelica, to wiedziałam, że jedna z nich wróci ze mną do domu. 


Ulubiony podkład mineralny Neauty, to stały punkt zakupów w Polsce. Pisałam o nim tu. Jest to jak na razie mój największy ulubieniec z pośród podkładów mineralnych. Gdzieś tam w głowie kołacze mi się Lily Lolo, Amilie i EDM, ale najczęściej wracam do Neauty. Aktualnie na stronie neauty.pl trwa promocja - 35% na cały asortyment z powodu zmiany wyglądu opakowań jak i wprowadzania nowych produktów. Ja niestety nie załapałam się na tę obniżkę. Mam nadzieję, że firma wprowadzi ładniejsze opakowania, bo tego najbardziej brakuje mi w tych kosmetykach. 
Neauty zawsze dorzuca mi jakieś próbki, duży plus za to, że będę mogła poznać ich kolejne produkty.


Najciekawszy zakup zostawiłam na koniec ;))) Zestaw mini róży, bronzerów i rozświetlaczy firmy Benfit. The Blush Bunch jest do kupienia tyko w sklepach Sephora i dlatego z zakupem musiałam czekać na wyjazd do Polski, bo w UK nie jest dostępny ten bajer. Uwielbiam ich bronzer Hoola klik, na zimę planowałam zakup jaśniejszej wersji Hoola Lite, więc gdy tylko zobaczyłam ten zestaw miniatur z obiema wersjami Hooli, to wiedziałam, że musze go mieć. Pozostałe cztery produkty też mnie ciekawią i z przyjemnością je przetestuje - Galifornia, Gold Rush, Dandelion, Rockateur.


Koniecznie dajcie znać co Was najbardziej zainteresowało i o czym chciałybyście jeszcze poczytać na blogu?

Atina.
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.