bareMinerals Original Podkład mineralny Golden Fair W10

Podkład Original SPF 15 zapewnia nieskazitelne krycie z wyjątkowym efektem naturalnej skóry. Ten niezwykle lekki podkład daje możliwość dopasowania poziomu krycia, od delikatnego do pełnego, tworząc nieskazitelny look bez uczucia obciążenia.

Pojemność: 8g
Cena: 148zł
Sklep: Sephora, drogerie internetowe, Allegro


Jak wiecie kocham mineralne podkłady i w sumie nie używam żadnych innych. Tylko minerały dają mi komfort prawie idealnego makijażu. Niestety dzisiejszy gagatek nie wpisuje się w ten zbiór. Jest zupełnym przeciwieństwem moich ulubionych podkładów (Neauty klik, Everyday Minerals klik). Pech chciał, że wszystkie minerały mi się pokończyły i zostało mi ostatnie opakowanie właśnie z bareMinerals. Niestety podkład ten nie nadaje się do mojej cery. 


bareMinerals przypomina mi swoim działaniem i wykończeniem podkłady Annabelle Minerals, których ja też nie lubię. Po pierwsze ciężko jest mi go nałożyć. Trzeba naprawdę uważać, żeby nie zaaplikować go zbyt dużo. W przeciwnym razie efekt maski i ciasta mamy gwarantowany. Jeśli uda mi się go ładnie rozprowadzić to efekt jest akceptowalny, ale ciągle nie taki jak lubię. A lubię gdy makijaż jest lekki i prawie niewidoczny. bareMinerals jest widoczny,  wchodzi w pory i w zmarszczki. Nawet nie wiedziałam, że tak nieładnie mogę wyglądać ;d Dodatkowo podkreśla suche skórki.


Na duży plus zasługuje opakowanie, które jest solidnie wykonane i wygodne. Ma świetny system zamykania sitka. Po prostu kręcimy tą górną ząbkowaną częscią opakowania, która naprawdę chodzi lekko. Można zamykać i otwierać tyle, ile ma się ochotę.


Podsumowując jestem na nie! Użyłam go tylko kilka razy i od razu złożyłam zamówienie na Everyday Minerals. Już nie mogę się doczekać kiedy dotrze do mnie mój ukochany podkład i będę mogła się cieszyć swoim naturalnym i prawie idealnym makijażem. 

Znacie podkłady mineralne bareMinerals? Dobrze się u Was spisują?

Atina.
Czytaj dalej

Essano Rosehip Mgiełka do twarzy Śliwka Kakadu i Zielona Herbata

Mgiełka Essano to moja kolejna zdobycz z TKMaxx'a. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą nowozelandzką firmą. Niestety poza TKMaxx'em ciężko ją dostać stacjonarnie czy nawet w intrenecie. Pamiętam, że były też inne produkty tej marki, ale na początek nie chciałam kupować zbyt dużo nieznanych mi kosmetyków, a teraz żałuje, bo mgiełka jest fenomenalna! 


Zaczną od tego, że używam jej przede wszystkim jako toniku. Przecieram nią twarz rano i wieczorem. Opakowanie jest nieduże (120ml) i nie wystarczyło mi na zbyt długo, ale przy tak częstym stosowaniu to normalne. 
Największą zaletą tego produktu jest dobry, naturalny skład w którym znajdziemy sok z liści aloesu, wyciąg z owoców śliwki kakadu, wodę z oczaru wirginijskiego, wyciąg z liści zielonej herbaty i olej z owoców róży. 
Ze śliwką kakadu spotykam się pierwszy raz i dlatego sprawdziłam jakie posiada właściwości. Ku mojemu zadowoleniu jest ona jednym z największych, naturalnych źródeł witaminy C. Poza tym posiada antyoksydanty, które nie tracą swoich właściwości nawet po przetwarzaniu śliwek. Szkoda, że rosną one w Australii. 

Skład:
Aqua (Water), Aloe Berbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice, Terminalia Ferdinandiana (Kakadu Plum) Fruit Extract, Betaine, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Water, Camellia Sinensis (Green Tea) leaf Extract, Rosa Canina (Rosehip) Seed Oil, Glycerin, Maltodextrin (made using organic ingredient), Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Fragrance

Mgiełka odświeża, nawilża i przygotowuje cerę do przyjęcia nocnej czy też dziennej pielęgnacji. Dodatkowym atutem jest jej cudowny, lekko słodki zapach róży. W takim wydaniu róża jest jeszcze piękniejsza ;)

Znacie kosmetyki Essano? Używacie mgiełek/toników w swojej pielęgnacji twarzy?
Atina.
Czytaj dalej

Sukin Moisture Restoring Krem przywracający nawilżenie skóry na noc

Formuła kremu została oparta na substancjach wykazujących silne działanie odżywiające, nawilżające i regenerujące. Odbudowa płaszcza hydrolipidowego podczas snu, czyli w czasie kiedy procesy regeneracji zachodzą najefektywniej. Skóra jest nawilżona, odżywiona i odzyskuje jędrność i elastyczność. Składniki zawarte w odbudowującym kremie nawilżającym Sukin, wspomagają syntezę kolagenu i elastyny. Bogata konsystencja, która dobrze się wchłania i daje maksimum komfortu stosowania. Krem polecany do każdego rodzaju skóry, szczególnie odwodnionej i zmęczonej.

Pojemność: 120ml
Cena: 80zł
Sklep: TK Maxx, internetowe drogerie
Ważność: 6 miesięcy od otwarcia


Świetny krem! Szkoda, że nie znałam go wcześniej. Ile ja się naszukałam kremu, który nawilża, a nie zapycha i nie podrażnia. Fakt, że teraz na rynku jest coraz więcej takich kremów i coraz łatwiej dobrać odpowiednią pielęgnację dla każdej cery. 
Krem Sukin przede wszystkim wyróżnia się dobrym, naturalnym składem w którym znajdziemy sok z liści aloesu, olej sezamowy, z dzikiej róży,  masło kakaowe, masło shea, olej jojoba, naturalną witaminę E, olej z awokado, olej z kiełków pszenicy, olej z wiesiołka, olej z nasion ogórecznika, ekstrakt ze skrzypu polnego, ekstrakt z łopianu, ekstrakt z pokrzywy, olej ze skórki mandarynki, olejek lawendowy, wyciąg z wanilii i wyciąg z nasion grejpfruta. Skład jest naprawdę bogaty.

Skład:
Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil , Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Glycerin, Ceteareth-20, Rosa Canina Fruit Oil (Rose Hip), Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Tocopherol (Vitamin E), Persea Gratissima (Avocado) Oil, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil, Oenothera Biennis (Evening Primrose) Oil, Borago Officinalis (Borage) Seed Oil, Equisetum Arvense (Horsetail) Extract, Arctium Lappa (Burdock) Extract, Urtica Dioica (Nettle) Extract, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Citrus Tangerina (Tangerine) Peel Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Vanillin, Vanilla Planifolia Extract, Citrus Paradisi (Grapefruit) Seed Extract, Linalool,* Limonene.*
* Natural component of essential oils

Krem rzeczywiście przywraca skórze nawilżenie, lekko ją odżywia i zmiękcza. Nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Można go nawet nakładać na skórę pod oczami i ja to właśnie robię. Podoba mi się fakt, że mam jeden krem na noc który nakładam na skórę twarzy, szyi i pod oczy. Nałożony grubszą warstwą potrafi porządnie odżywić i wygładzić małe zmarszczki pod oczami. Krem dobrze się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Ma lekką konsystencje, ale nie wchłania się do matu, czuć że jest na skórze i działa.

Kolejną zaletą tego cuda jest jego ogromna pojemność - 120ml. To prawie dwa i pół kremu o standardowej pojemności 50ml. W dodatku ja swój słoiczek upolowałam w TKMaxx'ie, gdzie zapłaciłam jeszcze mniej, bo tylko 45 złotych. Używam go już cztery miesiące i myślę, że jeszcze wystarczy mi go na kolejne dwa. W takim układzie cena nie przeraża, a wręcz wychodzi tanio.


Na plus zasługuje też opakowanie z ciemnego szkła oraz zapach, który jest delikatny, ale bardzo przyjemny.
Marka Sukin bardzo pozytywnie mnie zaskakuje, ale uważajcie bo nie wszystkie produkty mają takie piękne składy. Wdziałam jakieś serum, które miało w składzie zapychacza. Nazwy nie pamiętam, ale kojarzę że może on zapychać. Ja w swoich zbiorach mam jeszcze od nich płyn micelarny, maseczkę i szampon do włosów, o których pewnie za jakiś czas napisze na blogu.
Krem przywracający nawilżenie polecam Wam z całego serca. Warto go kupić nawet w regularnej cenie.

Znacie kosmetyki Sukin? 
Atina.




Czytaj dalej

Wyzwanie czytelnicze 2017 (12 książek) Aktualizacja II

Muszę przyznać, że latem niezbyt często sięgałam po książkę. Aktualizacja nie ukazywała się długo, bo nie miałam za bardzo czym się chwalić. Znowu rozpoczęłam książki, których nie miałam ochoty czytać do końca. Jedna z nich to Złote kolczyki Belinda Alexandra. Nie powiem, żeby mnie książka nie wciągnęła, ale nie mogłam przejść przez te historyczne opisy. Drugą pozycją nie do przejścia dla mnie to Ginekolodzy Jurgen Thorwald. Byłam zainteresowana tematem, ale opisy tych wszystkich chorób i ich metody leczenia powodowały u mnie dreszcze i bóle w podbrzuszu. 


Lista przeczytanych książek w całości prezentuje się następująco:
1. Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce. Katarzyna Kędzierska
2. Masa o kobietach polskiej mafii. Artur Górski, Jarosław Sokołowski
3. Katarzyna Wielka. Gra o władze. Ewa Stachniak
4. Marilyn, ostatnie seanse. Michel Schneider
5. W cieniu. A.S.A. Harrison.
6. Dziewczyna w walizce. Raphael Montes.

Od marca przeczytałam tylko trzy książki. Trochę jestem zła na siebie i będę próbowała to nadgonić, żeby przeczytać te 12 książek w tym roku. 

Marilyn, ostatnie seanse. Michel Schneider - ciekawa pozycja aczkolwiek trochę wynudziłam się na opisach psychoanalizy.
W cieniu. A.S.A. Harrison - wreszcie trafiłam na książę, która naprawdę wciąga i nie można się od niej oderwać. 
Dziewczyna w walizce. Raphael Montes - jeszcze bardziej wciągająca pozycja, którą pochłonęłam w kilka dni. Trochę niedorzeczna i brutalna, ale naprawdę ciekawa. 

Do końca roku zostało mi trzy miesiące (w połowie grudnia nie będę już miała czasu na czytanie) i sześć książek do osiągnięcia rocznego celu. 

A jak Wam idzie czytanie książek w tym roku?
Atina.
Czytaj dalej

Soap-n-Scent Charcoal Ręcznie robione mydło z węglem drzewnym z Tajlandii

Tajlandzkie mydło prosto z TKMaxx'a. Kostka o wadze 250g kosztowała około 15-20 złotych. Później widywałam jeszcze inne wersje, bardziej kuszące jak np. papaja! Mydło ze względu na zawartość perfum stosowałam tylko do mycia ciała, zamiast żelu pod prysznic. Takie mydło jest zdrowsze, bo ma naturalniejszy skład, nie podrażnia, nie wysusza i jest dużo bardziej wydajne od przeciętnego żelu pod prysznic. Mojej kostki używam już od dwóch miesięcy i myślę, że wystarczy mi ona spokojnie jeszcze na miesiąc. 


Mydło jest twarde, ale w miarę dobrze się pieni. Zapach pomimo dodania perfum do składu jest nijaki i słabo wyczuwalny podczas mycia, a co dopiero po kąpieli. Szara kostka Soap-n-Scent jest przyjazna dla mojej wymagającej i nadwrażliwej skóry. Gdyby tylko ten zapach był intensywniejszy to na pewno sięgnęłabym po inne wersje tego mydła. Przyjemność jest drugorzędną sprawą, ale jeśli mam wybór to chcę mieć naturalne myjadło, które przy okazji cudnie pachnie i sprawia, że kąpiel jest jeszcze przyjemniejsza.




Na końcu składu widnieje puder z węgla drzewnego. Pewnie niewiele go tu, ale dobrze, że w ogóle jest! Węgiel drzewny bardzo dobrze oczyszcza skórę z wszelkich nieczystości i nadmiaru tłuszczu. Posiada również właściwości bakteriobójcze, odtyka pory oraz chroni przed wolnymi rodnikami. Kosmetyki z węglem drzewnym sprawdzą się przy cerze tłustej i mieszanej. 
Nie zauważyłam jakiś specjalnych właściwości mojego mydła z węglem drzewnym, więc nie mogę go polecić jako leku dla skóry tłustej. Jak da mnie jest to dobre, ale zwykłe mydło do kąpieli. 

Znacie mydła Soap-n-Scent? Którą wersje miałyście okazje stosować? Co myślicie o kosmetykach z węglem drzewnym?

Atina.
Czytaj dalej

Dizao Express Naturalna maseczka regenerująco - modelująca Granat i Kolagen - Uwaga podrażnia!

Zachciało mi się czegoś nowego, czegoś w saszetce i fajnie pachnącego, więc kupiłam maseczkę w płachcie Dizao. Nie znam firmy, ale ma naturalny skład, więc kliknęłam ją kiedyś przy okazji zakupów internetowych. Przeleżała trochę w szufladzie, ale w końcu doczekał się swoich pięciu, a raczej dziesięciu minut na moim pyszczku. Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Płachta była duża z wygodnymi rozcięciami, sięgająca szyi. Nie spadała z twarzy, była mocno nasączona. Resztkami przetarłam jeszcze dekolt, bo szkoda było wyrzucać tyle produktu. Cera po niej wyglądała dobrze, była nawilżona i może trochę bardziej promienna. Nic specjalnego, ale jakiś tam efekt był.


Najgorsze czekało mnie rano! Skóra, szczególnie w okolicy oczu była popuchnięta i zaczerwieniona. Po godzinie opuchlizna się zmniejszyła, natomiast zaczerwienienie się zwiększyło i troszkę dokuczało mi pieczenie. Na moje szczęście w tym nieszczęściu nie było to bardzo uciążliwe, ale wyglądałam okropnie. To nie mógł być inny kosmetyk, bo od tygodni używam sprawdzonych produktów, ostatnie takie uczulenie miałam około dwóch lat temu. Tylko ta maska była nowością w mojej pielęgnacji. Zapewne to wina któregoś z ostatnich składników, bo nie brzmią one mi znajomo, a tym bardziej naturalnie. A myślałam, że już wiem czego unikać;/

Skład:
Aqua, Glycerin, Punica Granatum Extract, Hydrolyzed Wheat Protein, Betula Alba Leaf Extract, Ginkgo Biloba Extract, Xanthan Gum, Ascorbic Acid, Tocopherol, Methylcellulose, Phenoxyethanol, Butyl Benzoate, Ethyl Benzoate, Isopropyl Benzoate, Methyl Benzoate, Parfum.

Nie polecam tej maski nikomu! Nawet osobom, które nie mają wrażliwej cery, bo po co męczyć skórę? Może Twoja cera to znosi, ale po co ją wystawiać na takie drażniące działanie? Przez to z czasem normalna cera, może zamienić się właśnie w wrażliwą.
Ta nieprzyjemność kosztowała mnie 8,49zł. Jeszcze raz nie polecam!

Atina.
Czytaj dalej

Sierpniowe nowości

Nawet nie wiem kiedy zleciał mi ten sierpień. Mam nadzieję, że wrzesień i październik uraczą nas piękną pogodą, a później niech się dzieje co chce, byle wytrwać do wiosny. 
Zakupy w tym miesiącu nie były obfite, bo starałam się jak mogłam, żeby nie przesadzić. Mam tu trochę codziennych niezbędników typu krem do depilacji, dezodorant czy pasta do zębów oraz głównie pielęgnacja twarzy. Skusiłam się też na coś z kolorówki, ale więcej szczegółów znajdziecie w dalszej części notki. 


Duże opakowanie kremu do depilacji Veet. Używam do linii bikini, bo tylko po tego typu kremach nie mam podrażnień ani wrastających włosków.
Pasta do zębów Ecodenta, która jest popularna w ostatnim czasie. Swoją wypatrzyłam w sklepie Holland&Barrett i akurat była na nią spora zniżka. Jest to czarna ekologiczna pasta z węglem drzewnym. Jej zadaniem jest wybielenie zębów. Jeszcze jej nie używałam, więc nie wypowiem się na temat efektów. Kosztuje około 20zł, ale można kupić w promocji za 12 zł. Szukajcie w sklepach internetowych ;)

Skład:
Aqua*, Hydrated Silica*, Glycerin*, Sorbitol*, Bentonite*, Sodium Cocoyl Glutamate*, Titanium Dioxide (Cl 77891), Epigallocatechin Gallate*, Propolis*, Alcohol*, Xantan Gum*, Aroma, Mentha Piperita (Peppermint) Oil*, Limonene, Sodium Saccharin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin.

* - 97 % ECOCERT or ingredients of natural origin.


Kolejne zdobycze to olejek z drzewa herbacianego, który kupiłam z myślą o smarowaniu nim wyprysków. W międzyczasie wyczytałam, że można go też dodać do kąpieli lub do szamponu aby zapobiec nadmiernemu przetłuszczeniu włosów.
Wzbogaciłam swoje zapasy o tonizującą mgiełkę do twarzy Essano. Używam jej jak toniku. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą marką i na razie jestem bardzo zadowolona zarówno z działania, składu jak i zapachu ;)
Po nieudanych testach z naturalnymi dezodorantami wróciłam do Rexony, w Anglii obowiązuje inna nazwa dla tych kosmetyków - Sure.


W walce o piękniejszą cerę dałam się namówić na zakup peelingu kawitacyjnego z funkcją sonoforezy. Jak na razie jestem zadowolona. Peeling świetnie spełnia swoją rolę, natomiast z sonoforezą mam mały problem z doborem odpowiedniego produktu do tego zabiegu. W sieci jest nadal mało informacji na temat tego urządzenia. Początkowo robiłam sonoforezę na mieszankę olei, ale później wyczytałam, że nie wolno stosować żadnych olejów do tego zabiegu. Taka kombinacja grozi poparzeniem lub uszkodzeniem urządzenia. Trochę się wystraszyłam i kupiłam specjalne serum do zabiegu ultradźwiękami z Bielendy Lifting Face Serum, które niestety nie daje takiego efektu jak moja olejowa mieszanka;/ Jeszcze będę kombinować i testować inne specyfiki.


W moje ręce wpadło też serum pod oczy naturalnej marki Lanocreme. Używam go już jakiś czas i nawet jestem zadowolona, ale ma rację bytu tylko w duecie z kremem. 
Ostatnim pielęgnacyjnym łupem jest krem z ochroną przeciwsłoneczną Lancaster SPF50. Niby mam już swojego ulubieńca od Lancome klik, ale ten Lancaster zapowiada się naprawdę dobrze, nie mogłam go nie kupić i nie wypróbować. Na razie jednak czeka grzecznie na swoją kolej. 


Zakupy kolorówki najbardziej mnie cieszą, tym bardziej, że jest to realna potrzeba. Po pudrze Clinique Stay Matte klik przyszedł czas na Mac Blot w zdecydowanie jaśniejszym odcieniu light. Miniaturkę tuszu In Extreme Dimension 3D Black Lash dostałam gratis do zamówienia. 


Których produktów jesteście najbardziej ciekawe?

Atina.
Czytaj dalej

Kosmetyczna chciejlista

Dzisiejszą chciejlistę chciałabym zrealizować do końca tego roku. Są to produkty, które chodzą mi po głowie już od dłuższego czasu. Część z nich wypatrzyłam na Waszych blogach, a część sama znalazłam w sklepach.  




1. Puder rozświetlający
Mam ochotę na któryś z tych dwóch konkretnych, czyli theBalm Mary Lou lub Benefit Dandelion Twinkle. Bardziej skłaniam się ku theBalm, ale jeszcze się waham. 

2. Krem pod oczy
Korci mnie, żeby wypróbować Bobbie Brown Extra Eye Repair. Trochę się obawiam jego gęstej konsystencji, ale chciałabym go przetestować, więc pewnie prędzej czy później pojawi się w mojej kosmetyczce. 

3. Serum do twarzy
Moja skóra twarzy ma coraz większe wymagania. Potrzebuję więcej nawilżenia i odżywienia. Ostatnio pojawiły mi się lekkie zmarszczki koło ust, tzw. śmieszki. Uważam, że to za wcześnie i chcę jeszcze zawalczyć o gładką skórę :) Serum ze zdjęcia to Lumirance z witaminą C. Dokładnie takie kupiłam znajomej w prezencie i była ona z niego bardzo, bardzo zadowolona. Skład ma w 100% naturalny, ale jest jedno ale... kupiłam je w TK Maxx'ie i teraz już nie można ich tam dostać. W intrenecie też nie bardzo;/ Po głowie chodzą mi też produkty The Ordinary o których dowiedziałam się całkiem niedawno. Ich oferta jest bardzo ciekawa, bogata i przystępna  cenowo. 

4. Balsam do ust
Mój ulubiony tinted od Burt's Bees o którym wspominałam tu. Chcę sprawdzić inny odcień. Dotychczas używałam tylko wersji Hibiskus i byłam z niej bardzo zadowolona. 

Znacie te kosmetyki? Może mi coś doradzicie w kwestii rozświetlacza lub dobrego sera do twarzy?

Pozdrawiam Atina. 
Czytaj dalej

Philosophy The Supernatural Mineralny duet w kompakcie Róż+Bronzer nr 02 honest/true

Prawdopodobnie ten mineralny duet został wycofany ze sprzedaży, ponieważ aktualnie nigdzie nie mogę go znaleźć. Jego cena to coś około 20$, a pojemność 13,5g. Ważny jest przez 24 miesiące od otwarcia. Kupiłam go głównie ze względu na niską cenę (trafiłam na wielką wyprzedaż), bo tak to staram się trzymać minimalizm w mojej kolorowej kosmetyczce. Mam już jeden bronzer, który uwielbiam klik i nie potrzebuje drugiego, ponieważ takie mazidła wystarczają mi na bardzo długo. 


Już podczas zakupu miałam obawy co do koloru bronzera, za to różu byłam pewna, że mi przypasuje. Moje przypuszczenia okazały się bezbłędne. Róż lubię, bronzer nie za bardzo. Tego duetu używałam przez 4 tygodnie wakacji. Uznałam, że będzie mi wygodniej zabrać jeden produkt zamiast dwóch. No i było poręczniej, ale po powrocie z wakacji szybko wróciłam do swoich ulubieńców, czyli różu BellaPierre klik i bronzera Benefit. Philosophy leży w szufladzie i wiem, że już po niego nie sięgnę. Bronzer jest trochę dla mnie za ciemny i za ciepły. Róż był w porządku, ale jakoś mam opory prze używaniem tylko jednej połowy, a marnowaniu drugiej. Duet ten na pewno wyląduje w grudniowym wątku wyprzedażowym, więc jeśli macie na niego ochotę to dajce znać. 


Róż i bronzer odznaczał się bardzo dobrą trwałością. Puderniczka zawiera lusterko, co również było przydatne na wakacjach, szczególnie, że kilka noclegów spędziłam w namiocie. Najwięcej zastrzeżeń poza odcieniem bronzera mam do konsystencji, która jest dosyć mocno zbita. Przyzwyczajona jestem do różów sypkich, a bronzer Benefit Hoola jest zdecydowanie bardziej miękki, jedwabisty. 




Podoba mi się, że w składzie nie ma talku. Jest za to mika, cynk, magnez, krzemionka, ekstrakt z liści aloesu, liście zielonej herbaty, olej z oliwki europejskiej i sojowy. Całkiem nieźle jak na róż i bronzer. Opakowanie jest trwałe i w miarę solidne. Przez te cztery tygodnie wakacji nic złego się z nim nie stało. 


Podobają Wam się te odcienie? Znacie kosmetyki Philosophy? 

Atina. 
Czytaj dalej

Kosmetyki, które zawsze są w mojej torebce

Nie lubię nosić ze sobą zbyt wielu rzeczy i dlatego wszystko minimalizuje do tych najpotrzebniejszych fantów. W mojej torebce zawsze znajdują się trzy kosmetyki: perfumy, pomadka i puder w kompakcie. Latem, gdy wiem, że będę długo przebywać na słońcu biorę też ze sobą krem z filtrem przeciwsłonecznym. 


1. Perfumy
Do torebki zawsze wrzucam próbkę lub miniaturkę jakiegoś zapachu. Lubię w ciągu dnia się czymś do psikać. Aktualnie noszę wodę toaletową The Body Shop Indian Night Jasmine. Pojemność 10ml jest idealna do transportowania na co dzień jak i np. na wakacje. Indian Night Jasmine zostały wydane w 2012 roku. Są to kwiatowe perfumy, które zawierają jaśmin, kwiat pomarańczy, liść fiołka i drzewo sandałowe. Zapach jest bardzo przyjemny, lekko pudrowy i niestety niezbyt trwały. 

2. Puder w kompakcie z lusterkiem
Jako posiadaczka mieszanej cery jestem zmuszona do poprawek makijażu w ciągu dnia. Najwygodniejszym dla mnie rozwiązaniem jest puder prasowany, który posiada lusterko i gąbeczkę. W tej chwili używam pudru Clinique Stay Matte o którym niedawno pisałam na blogu klik

3. Pomadka 
Najczęściej noszę ze soba balsamy ochronne, które mają przede wszystkim nawilżać i regenerować usta. Ostatnio jednak odkryłam tinted Burt's Bees, czyli połączenie pomadki ochronnej z kolorem. Jak dla mnie to idealny mix. Moja obecna wersja to hibiskus, który właśnie dobija dna. Pięknie pachnie, nawilża i zostawia śliczny kolor na ustach. Na swatch'u wyszedł taki brudnawy odcień, ale na ustach wpada bardziej w czerwień. Ja mam wąskie usta, więc często pomadki niezbyt dobrze się u mnie prezentują, a z takim barwionym balsamem jest naprawdę dobrze. 


A Ty jakie kosmetyki zawsze masz w swojej torebce? 


Atina.
Czytaj dalej

Lancome Soleil Bronzer Krem przeciwsłoneczny do twarzy SPF50

Formuła kremu zawierająca połączenie systemu filtrów UVA i UVB, antyoksydantu oraz drogocennych olejków, efektywnie chroni skórę przed słońcem oraz przedwczesnym starzeniem. Lekka, delikatnie perfumowana formuła, tworzy na skórze ochronną warstwę zaraz po aplikacji. Dzień po dniu, skóra staje się odżywiona i wygładzona, zyskując promienny blask.

Pojemność: 50ml
Cena: 88-109zł
Sklep: drogerie internetowe
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia


Nie skłamie jak napiszę, że jest to najlepszy krem z wysoką ochroną do twarzy jaki kiedykolwiek miałam! Mam w zapasach jeszcze inny krem SPF50, ale jak na razie to Lancome rządzi i to do niego chce wracać. Fakt cena nie jest najniższa, ale za dobrą pielęgnację twarzy warto zapłacić trochę więcej. To inwestycja na lata.
Zacznę od tego co dla mnie jest najważniejsze w kremie przeciwsłonecznym. Lancome Soleil Bronze dobrze chroni przed promieniowaniem, nie bieli skóry, nie zapycha porów, nie powoduje wysypu gul, nie natłuszcza skóry, jest lekki i szybko się wchłania, ale nie do całkowitego matu. Pozostawia lekką powłoczkę, która trochę przyspiesza pojawienie się błysku na twarzy. Jednak w porównaniu do innych tego typu produktów, to jest to naprawdę minimalne błyszczenie. Poza tym bardzo ładnie i dosyć intensywnie pachnie kwiatami, jak dla mnie to jest to gardenia. Jego wydajność mieści się w normie. Dobrze współpracuje z podkładem mineralnym EM.


Opakowanie jest wygodne i nawet ładne. Pomarańczowa tubka od razu kojarzy mi się z latem. Od noszenia w kosmetyczce powstały na niej niezbyt estetyczne rysy, których na szczęście nie widać na zdjęciach ;d



Wiem,  że skład jest mało widoczny, ale producent zrobił takie małe i zacieśnione te literki, że nie dałam rady zrobić lepszego zdjęcia. Jak się trochę wytęży wzrok i przede wszystkim powiększy zdjęcie poprzez kliknięcie to myślę, że da rade go rozszyfrować. Ja dojrzałam tam olej kokosowy i arganowy, ekstrakt z gardenii tahitańskiej i ekstrakt z owoców dzikiej róży. Na filtrach się nie znam, ale wyczytałam w internecie, że ma stabilne filtry. 


Podsumowując polecam wypróbować. Filtry apteczne, które miałam okazję używać były tylko trochę tańsze, a bieliły, zapychały i dużo bardziej zwiększały błysk na twarzy. 
Wspomnę jeszcze, że skóra po nim jest dobrze nawilżona i lekko wygładzona. Ogólnie ma dobry wpływ na wygląd cery. 

Znacie krem przeciwsłoneczny Lancome Soleil Bronzer? Jaki krem do twarzy z wysoką ochroną aktualnie używacie?

Atina.
Czytaj dalej

Alverde Kofeinowy szampon do włosów cienkich z Czarnym Pieprzem i Tymiankiem

Alverde to jedna z tych firm za którą rozglądam się będąc w niemieckiej drogerii DM. Kosmetyki te nie są drogie, a mają przyjemne składy. Szampon kofeinowy z czarnym pieprzem i tymiankiem naprawdę zawiera te składniki i nie są one umieszczone na szarym końcu listy. Do tej pory nie miałam zbyt wiele produktów tej firmy, ale na pewno to jeszcze nadrobię ;)


Szampon pachnie ziołowo, ale lekko i przyjemnie. Ma żelowo-galaretową konsystencję i jest mało wydajny. Fakt, że opakowanie zawiera tylko 200ml produktu, więc może to wpłynęło na to, że za szybko mi się skończył. Jego cena nie przekracza 2 euro. Opakowanie jest wygodne i ze względu na pomniejszoną pojemność nadaje się do zabrania go na dłuższe wakacje, co też w tym roku uczyniłam ;)


Bardzo dobrze mył włosy. Nie obciążał ich i nie podrażniał skóry głowy. Włosy po nim były nawilżone i lekko wygładzone. W składzie nie ma Sodium Laureth Sulfate - dla mnie jest to bardzo ważne bo unikam go jak ognia. Znajdziemy tu za to wiele dobrego, a mianowicie kofeine, ekstrakt z czarnego pieprzu,  ekstrakt z tymianku, zhydrolizowane proteiny kukurydzy, zhydrolizowane proteiny pszenicy, zhydrolizowane proteiny soji i korzeń rzodkwi. 


Kofeinowy szampon dobrze służył moim włosom, szkoda tylko, że tak krótko. W swoich kosmetycznych zapasach mam jeszcze tylko odżywkę firmy Alverde. Mam nadzieję, że się na niej nie zawiodę i że skład ma równie imponujący co ten szampon. 

Znacie kosmetyki Alverde? Macie wśród nich swoich ulubieńców?

Atina. 
Czytaj dalej

Clinique Stay Matte Sheer Pressed Powder Oil-Free Matujący puder prasowany w kompakcie

Delikatny, beztłuszczowy kompaktowy puder wchłania połysk tłustych części skóry oraz matuje ją. Przez wiele godzin skóra otrzymuje świeży i naturalny wygląd. 

Pojemność: 7,6g
Cena: od 98zł do 149zł
Sklep: drogerie internetowe






Kiedyś nie przepadałam za marką Clinique. Głównie za sprawą kosmetyków z serii 3 kroki w pielęgnacji twarzy czy jakoś coś w ten deseń. Były to okropnie wysuszające i zapychające kosmetyki - nigdy więcej! Teraz powoli poznaje ich inne produkty i jestem jak na razie zadowolona. Dziś napisze kilka słów o ich pudrze matującym, który nagle stał się moim must have w torebce. Nie wyobrażam sobie nie mieć pudru w kompakcie pod ręką w każdej sytuacji. Zielone cacko jest ze mną od połowy czerwca i powoli dobija dna. Miałam ponowić ten zakup, ale ostatecznie postanowiłam spróbować czegoś innego, ale nie wykluczam powrotu do Clinique Stay Matte. 


Stay Matte urzekł mnie przede wszystkim swoją piękną zieloną puderniczką. Uwielbiam jej wygląd. Pięknie się prezentuje podczas poprawek. Do tego jest solidnie wykonana i cały czas wygląda jak nowa. Jest wygodna, ma lusterko i tylko gąbeczka wygląda nijako. Chociaż swoją funkcje spełnia dobrze. Pierwszy raz dałam się przekonać do nakładania pudru dołączoną gąbką, zamiast pędzlem. Muszę przyznać, że ta forma aplikacji naprawdę mi odpowiada. 


Wiadomo wygląd to nie wszystko, liczy się przede wszystkim działanie. Stay Matte daje rade! W największe upały matuje na 2-3 godziny, w chłodniejsze dni jest dużo lepiej (4-5h). Nakładałam go zawsze na krem z wysokim filtrem SPF50, a po nim zawsze wzmaga się błysk Poza tym puder bardzo łatwo się nakłada, nie tworzy maski, pod wpływem upałów i wydzielającego się sebum nie tworzy ciasta, skóra się po prostu znowu świeci. Nie zapycha porów, nie podrażnia. 




Puder niestety posiada też wady. Przede wszystkim najjaśniejszy odcień, ten który ja posiadam 101 invisible matte nie jest wcale taki jasny. Teraz latem mi w miarę pasuje, ale jak tylko przyjdzie jesień i zejdzie mi opalenizna, to na pewno będzie dla mnie za ciemny. Kolejnym negatywem, który dostrzegłam to coś co możecie zobaczyć na zdjęciach, a mianowicie w niektórych miejscach na pudrze utworzyły się dziwne, ciemniejsze plamy. Coś jakby skorupa. Zdrapywałam ją, ale po dwóch-trzech aplikacjach wracała. Nie mam pojęcia co to może być? I ostatnia wada to cena. Nie narzekałabym gdyby puder był wydajniejszy. Myślę, że mi wystarczy go jeszcze na jakieś dwa tygodnie używania, czyli wyjdzie jakieś 2,5 miesiąca na cały puder. Trochę krótko. 

Skład:
Talc, Hdi/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer, Lauroyl Lysinephenyl Trimethicone, Zinc Stearate, Dimethicone, Calcium Silicate, Silica, Hydroxyapatite, Isostearyl Neopentanoate, Trimethylsiloxysilicate, Triethoxycaprylylsilane, Sorbitan Sesquioleate, Tetrasodium Edta, Chlorphenesin, Potassium Sorbate, Mica, Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)


Oczywiście przydałby się też lepszy skład, ale na tę chwilę nie mam pojęcia w co celować z naturalnych firm? Na razie zamówiłam kolejny drogeryjny puder, który występował w jaśniejszych odcieniach. 

Znacie puder Clinique Stay Matte? Polecicie mi jakiś swój ulubiony puder matujący w kompakcie?

Atina.
Czytaj dalej

Miniaturka prawdę Ci powie... Aveda, Lancome, Clinique

Kolejna porcja miniaturek za mną. Tym razem testowałam szampon Aveda Color Conserve. Mała tubka wystarczyła mi tylko na dwa mycia, ale byłam z niego naprawdę zadowolona. Ze względu na wysoką cenę (250ml/104zł) nie sięgnę po pełen wymiar. Tym bardziej, że mam swoich tańszych ulubieńców w tej dziedzinie. Kolejne mini opakowanie to płyn do demakijażu oczu wrażliwych Lancome Bi-Facil, który również nie należy do najtańszych - 125ml/126zł. Produkt był przyjemny w użyciu, rzeczywiście nie podrażniał, dobrze zmywał makijaż, ale nie robił tego błyskawicznie. Podobało mi się też jego opakowanie.


Ostatni mini kosmetyk to serum przeciwzmarszczkowe Clinique Repairwear Laser Focus Wrinkle & UV Damage Corrector. Nie mogę go znaleźć w sklepach internetowych, więc może już go wycofano? Po Clinique nie spodziewałam się zbyt wiele, ale ten kosmetyk mnie pozytywnie zaskoczył. Był całkiem niezły! Trochę nawilżał, lekko wygładzał i zagęszczał strukturę skóry. W dodatku nie zapychał i nie podrażniał. Miałam tylko wrażenie, że za mało odżywia moją skórę. Dobrze współgrał z podkładem mineralnym Everyday Minerals. 

Znacie/lubicie te kosmetyki? 

Atina.
Czytaj dalej

Everyday Minerals Podkład mineralny Light 2N - półmatowy

Przeznaczony do karnacji bardzo jasnej / jasnej w tonacji neutralnej, kości słoniowej. Idealny dla cer w kolorze różowo - beżowym, oliwkowym. Można wykorzystać ten podkład jako korektor/bazę, który idealnie zatuszuje delikatne zaczerwienienia skóry. Podkłady pół matowe są delikatne jak jedwab! Zapewniają pełne satynowe krycie z delikatnym uwodzicielskim połyskiem. 
Bez Petrochemikaliów. Bez Oleju Mineralnego. Bez Parabenów. Bez Glikolu propylenowego. Bez Retinolu/ Kwasów AHA. Bez Alkoholu. Bez Składników pochodzenia zwierzęcego. Bez Silikonów. Bez Lauretosiarczanu sodowego (SLS). Bez Karminu. Bez Syntetycznych Pigmentów Karminowych.

Pojemność: 0,14g i 4,8g
Cena: 4,90zł i 72,90zł
Sklep: iHerb.com (tu zdecydowanie taniej - 45zł za pełnowymiarowy słoiczek) lub polskie drogerie internetowe


Jak zapewne wiecie jestem wielką fanką mineralnych kosmetyków. Z podkładów drogeryjnych zrezygnowałam całkowicie już dawno temu. Czasem mam ochotę coś wypróbować, ale zawsze wracam z podkulonym ogonem do minerałów.

Everyday Minerals jest mało kryjący, dobrze wyrównuje koloryt skóry, lekko wygładza i bardzo dobrze matuje. Nie jest to mat całodniowy, ale w chłodny dzień wystarczy jedna poprawka w ciągu dnia, a w upały 2-3 razy sięgam po puder matujący. Wspomnę, że nakładam go na krem z wysokim filtrem, a takowe zawsze zwiększają błysk na mojej twarzy. Poza tym podkład jest bardzo wydajny i dobrze działa na moją cerę. Wygląda naturalnie,  jak bez makijażu, a wiadomo, że bez makijażu moja cera wygląda jednak gorzej ;d Niezadowolona jestem tylko z opakowania. Sitko jest tak drobne, że naprawdę ciężko wydobyć produkt ze środka. Nie wiem po co montowano w nim zamknięcie sitka jak i bez niego nic nie wylatuje. 



Czasem mam wrażenie, że ciemniej na twarzy, ale nie jestem pewna. Następnym razem na wszelki wypadek sięgnę po jaśniejszy odcień. 
Wrócę jeszcze na chwile do kwestii matowienia. Jak już wspomniałam nieźle sobie radzi z pochłanianiem nadmiaru sebum, ale warto wspomnieć, że jak już zaczynam się świecić, to jest to ładny błysk, nie tworzy na twarzy ciasta, nie włazi w zmarszczki, ciągle wygląda dobrze. 


Podsumowując jest to dobry podkład mineralny. Zastąpiłam nim swojego ulubieńca od Neauty klik. Ciężko mi stwierdzić który jest lepszy, dla mnie są na podobnym poziomie. Szczerze polecam obydwa! Z tego co pamiętam Neauty ma ciut lepsze krycie. 

Znacie podkłady mineralne Everyday Minerals? 

Atina.
Czytaj dalej

Lipcowe nowości z Polski, Niemiec i Włoch

Z wakacji zawsze przywożę sobie magnesy na lodówkę i kosmetyki. W tym roku nie poszalałam i przywiozłam tylko trzy kosmetyki z Włoch i Niemiec, reszta to polskie zakupy. Strasznie żałuje, że na mojej drodze nie spotkałam francuskich mydeł. Rozglądałam się za nimi wszędzie, ale nie miałam czasu na chodzenie po drogeriach. Myślałam, że trafie na jakieś sztuki na ulicznych straganach z pamiątkami. Koniec końców przyjechałam z pustymi rękami, a planowałam też obdarować nimi moje najbliższe koleżanki. Za to obkupiłam je w wina i sery ;d Wracając do kosmetycznych zakupów to jak na razie jestem bardzo zadowolona ze swoich wyborów i mam wrażenie, że wszystko jest mi naprawdę potrzebne. 


Płyny micelarne schodzą u mnie jak woda, więc nigdy ich za dużo. Pierwszy Biolaven już kiedyś miałam klik, drugi Ecolab to dla mnie nowość. O tym drugim zapewne napisze recenzje na blogu ;)


Hydrolat to kolejny produkt, który u mnie szybko schodzi. Zrobiłam mały zapas i postanowiłam wypróbować wodę różaną Make Me BIO, a ta druga niebieska butla to łup z włoskiego marketu. Jest to również woda różana. 


Kolejne nowości to peeling do ciała Organic Shop. Rzadko używam, ale używam, więc coś tam na stanie muszę mieć. W Niemczech natomiast kupiłam odżywkę do włosów Alverde cytryna z morelą. Przeszedł mi już szał na kosmetyki Balea. Resztki zapasów oddałam lubemu i kazałam zużywać. Balea jest tania, ale ma kiepskie składy, wysusza i podrażnia. Kiedyś będąc w drogerii DM biegłam jak szalona do półek z kolorową Baleą, a teraz omijam je szerokim łukiem. Jedyne co mi zostało to Alverde, ale jako, że mam za dużo zapasów, to nie szalałam. 


Smutno mi było wyjść z drogerii DM tylko z jedną odżywką. Szukałam i szukałam, aż w końcu znalazłam! Krem do rąk Marshmallow Heaven firmy Treaclemoon. Ma fajne opakowanie, świetnie zapowiadający się zapach i nie taki zły skład, który może mi przypasuje ;) A w razie jakby jednak mi nie przypasował to kupiłam jeszcze krem Make Me Bio, który jest w 100% naturalny. 


Ostatnie produkty to pielęgnacja twarzy. Długo wyczekiwany peeling enzymatyczny Sylveco, krem do twarzy na noc Avebio i maseczki Vianek


Chciałabym napisać, że w sierpniu nic nie kupię, ale już wiem, że tak nie będzie. Już kilka rzeczy wpadło w moje łapki ;) 

Dajcie znać co Was najbardziej zainteresowało?

Atina.
Czytaj dalej